Dlaczego warto wykupić ubezpieczenie od poszukiwań i ratownictwa?

Opublikowano
ubezpieczenie

Ubezpieczenie zapewniające pokrycie kosztów poszukiwań i ratownictwa przyda się narciarzom oraz wszystkim aktywnym turystom, którym mogą przytrafić się niefortunne przygody wymagające pomocy specjalistycznych służb ratowniczych.

Jesteśmy rozpieszczeni tym, że w Polsce GOPR udziela pomocy za darmo, czyli praktycznie na koszt państwa i podatników. Gdy jeżdżąc na nartach albo chodząc po górach wpadniemy w tarapaty, odpowiednie służby nas znajdą, udzielą pierwszej pomocy i dostarczą do szpitala, a o stronę finansową tego przedsięwzięcia nie musimy się troszczyć.

Tymczasem w większości państw nie jest tak dobrze jak u nas. Owszem, wszędzie funkcjonują odpowiednie służby, przygotowane do udzielania pomocy w nagłych wypadkach w trudnym terenie i pomocy tej udzielają na wezwanie, ale w dalszej kolejności wystawiają za to rachunek. Często jest on słony, zwłaszcza jeśli elementem udzielanej pomocy jest nieplanowana atrakcja, jak lot helikopterem. Wtedy przydaje się ubezpieczenie.

Koszty mogą być gigantyczne

Wyobraźmy sobie, że niefortunnie przewróciliśmy się na nartach w Austrii, zrywając więzadło. Szybko pojawili się ratownicy i nie pytając nas o zdanie zapakowali do śmigłowca, zawieźli do szpitala, po czym wystawili rachunek na 5 tys. euro. Albo ambitnie jeździliśmy na nartach poza trasą w Alpach francuskich i zmiotła nas lawina. Szczęśliwie udało nam się przeżyć, ale poszukiwała nas duża grupa ratowników ze sprzętem, a potem helikopter przetransportował nas do szpitala. Życie nie ma ceny, ale rachunek za jego ratowanie wyniósł 20 tys. euro.

Amatorzy trekkingów w Azji czy w Ameryce też mogą potrzebować niespodziewanie pomocy, a media co jakiś czas donoszą o lawinach na szlakach trekkingowych czy osuwaniu się zboczy. Często dojechanie ratowników w takie miejsce jest trudne i czasochłonne, podobnie jak sprowadzenie poszkodowanych do szpitala.

Nie musimy wyjeżdżać daleko, żeby narazić się na wydatki związane z poszukiwaniem i ratownictwem. Czasem wystarczy wybrać się w Tatry czy Beskidy. Wiele szlaków prowadzi wzdłuż granic. Można zgubić drogę, albo pośliznąć się i spaść na niewłaściwą stronę granicy, jak to przydarzyło się jednemu pechowemu turyście na Rysach. Pomocy udzieliła mu słowacka Horska Sluzba i nie była to pomoc za darmo.

Tu karta EKUZ nie pomoże

Wyjeżdżając za granicę w ramach Unii Europejskiej zabieramy ze sobą Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego i często myślimy, że możemy spać spokojnie. Niesłusznie. Jeśli jedziemy na narty bądź planujemy uprawiać aktywność górską, wycieczki po trudno dostępnym terenie czy sporty wodne, może się okazać, że sam zwrot kosztów leczenia, który dostaniemy z EKUZ, to za mało. Karta ta bowiem nie zapewnia innych świadczeń. Ubezpieczenie kosztów leczenia i ubezpieczenie kosztów poszukiwania i ratownictwa to nie to samo.

Niezależnie od tego więc, czy bierzemy EKUZ ze sobą, powinniśmy pomyśleć o odpowiednim zabezpieczeniu na wypadek, gdybyśmy wpadli w opresję i musieli korzystać z pomocy wyspecjalizowanych służb ratowniczych.

Polisa jest niezbędna

Przed kosztami w takich przypadkach uchroni ubezpieczenie kosztów poszukiwania i ratownictwa. W czasie podróży zagranicznych ubezpieczenie to jest jednym z typowych elementów polisy turystycznej, w przypadku ubezpieczenia wyjazdu na  tereny przy granicy Polski trzeba dopilnować, by zakres ochrony obejmował ubezpieczenie koszta poszukiwań i ratownictwa.

Dzięki tej polisie zakład ubezpieczeń pokryje koszty akcji poszukiwawczo-ratowniczej bez względu na to, czy będziemy przemierzać bezdroża Patagonii, dżunglę amazońską, jeździć na nartach czy zdobywać górskie szczyty. Bez tej polisy aktywnie spędzony urlop może przekształcić się w najdroższe wakacje w życiu.

  • Oceń ten artykuł
    4.6/5 (3 ocen)
  • Podziel się